sobota, 25 stycznia 2025
Prośba
poniedziałek, 23 listopada 2020
7 lat...
22 listopad…
7 lat….
Ciężki dziś dzień za mną. Od kilku dni miałam okropną chandrę ale dziś to już było apogeum. Wiedziałam że muszę coś zrobić bo inaczej dostanę do głowy. Weszłam na bloga w datę 22 listopad 2013 i… po prostu pękłam. Wyłam jak bóbr. Potem czytałam swoje posty przed tą datą i po tej dacie. Czytałam swoje posty i wasze komentarze. Muszę to napisać, choć możecie mi nie uwierzyć, ale w tamtym czasie to wasze wsparcie bardzo dużo dla mnie znaczyło. Dodawało mi sił do walki. Sama nie wiem jak ja to wszystko przeżyłam. Żyję, jestem tu i jakoś funkcjonuję. Człowiek jest jednak w stanie przeżyć wszystko. Nie ma dnia abym nie myślała o Filipku ale już potrafię uśmiechać się na te wspomnienia. Wiadomo, że nie zawsze ale uwierzcie mi, to jest i tak dla mnie milowy krok do przodu.
Dziś też te wasze komentarze mi pomogły. Nawet nie zdajecie sobie sprawy jak bardzo jestem wam wdzięczna, że w tym trudnym dla mnie/nas czasie byliście z nami.
Wierzę, że jeszcze od czasu ktoś tu zagląda by wspomnieć mojego niebieskookiego tygryska.
To nie tak miało być, nie tak…
sobota, 15 lutego 2020
rysunki Filipka
Witam po długiej nieobecności.
Jestem, żyję i mam się… jakoś. Inaczej nie potrafię tego ująć. Nie mogę napisać że jest źle czy dobrze.
Pracuję, zajmuję się domem. Ciężko napisać mi, że dziećmi bo one są w takim wieku, że w zasadzie zajmują się sobą same. No, jeszcze Adam wymaga uwagi i przypilnowania. Młody w tym roku kończy 11 lat a Emilia 17. Jak ten czas leci.
Filipek miałby lat 12…
Wiecie co, nie ma dnia abym o nim nie myślała. To wcale nie jest tak, że upływający czas ukoił mój ból. On cały czas jest. Czasami tylko udaje mi się go zepchnąć na same dno mojej zranionej duszy ale wystarczy tylko moment, jakaś chwila w której wszystko niczym lawa z wulkanu wypływa na zewnątrz. Jakieś dziecko jest podobnej postury, ma podobne rysy twarzy, jakaś sytuacja cos mi przypomni… to może być dosłownie wszystko.
Funkcjonuje normalnie, staram się nad sobą nie użalać ale niestety nadal są dni, że jest mi cholernie ciężko. I tak już na pewno zostanie.
Jest jednak rzecz które mnie skłoniła do napisania dzisiejszego wpisu. Chyba nigdy wam nie pokazywałam rysunków Filipka. Fifi uwielbiał rysować ale robił to w inny sposób niż zazwyczaj rysują dzieci. Te jego prace były takie (przynajmniej w moim mniemaniu) dziwne…
Jestem teraz w pracy i akurat na telefonie mam tylko te fotki.
Dodam, że nigdy sama nie uczyłam Filipka literek czy cyferek. Kiedyś mu tylko pokazałam jak pisze się jego imię. Był jednak bardzo spostrzegawczy.
Jak już podpisał swój rysunek to już nic do niego nie domalowywał. Taki był.
Wiecie co, cholernie za nim tęsknię. I często się zastanawiam jak by dziś wyglądał, jak by się uczył…
środa, 2 maja 2018
Niepamięć
Witam wszystkich po długiej nieobecności. Oj długo mnie nie było, bardzo długo.
Co u nas?
Życie gna do przodu i nie ogląda się za siebie. Tylko ja, jakby czasem stoję w miejscu. Niby zaczęłam od jakiegoś czasu robić więcej rzeczy dla siebie, zaczęłam bardziej o siebie dbać. Jednak wciąż przychodzą takie dni kiedy serce rozpada mi się na drobne kawałki. Najbardziej boli mnie ta „niepamięć”. Może to ja dziwnie podchodzę do tematu ale boli mnie że najbliższe mi osoby zachowują się tak jakby Filipek nigdy nie istniał. Ja już naprawdę nie pamiętam kiedy ktoś zadał mi takie proste pytanie typu: „jak sobie radzisz?” Czy naprawdę tylko ja pamiętam, że kiedyś ktoś taki istniał?
Przypomina mnie się pewna analogia.
Jak Filipek się rozchorował, wszyscy do mnie wydzwaniali (chociaż nie, nie wszyscy bo byli też tacy co mieli to w nosie), pytali się o szczegóły. Nie nadążałam odbierać telefonów. Płacz, współczucie. Mijały dni, tygodnie, miesiące i telefonów było coraz mniej aż w końcu prawie ucichły. Została przy mnie garstka osób. Wszyscy po prostu przeszli nad tym do porządku dziennego. Przykre ale prawdziwe. Oni mieli swoje życie i swoje problemy, dla mnie oczywiście często bzdurne. Tylko ja tkwiłam non-stop przy swoim chorym dziecku.
Myślę, że teraz jest podobnie. Na początku był żal, współczucie. No ale ileż można płakać, rozpamiętywać. Przecież mam jeszcze dzieci, mam dla kogo żyć, Filipek zmarł, trudno. Życie toczy się dalej.
Ja wiem, że mam jeszcze dzieci, kocham je nad życie ale żadne z nich nie zastąpi mi Filipka.
Kiedyś ktoś mi rzucił hasło: „a co mają powiedzieć rodzice którzy stracili jedyne dziecko?” No tak, mi na pewno jest łatwiej. W pewnym sensie na pewno. Miałam dla kogo dźwigać się co rano z łózka i po mimo bólu, uśmiechać się ale czy przez to było/jest mi lżej?
Ostatnio spotkałam znajomą. O mojej stracie dowiedziała się gdzieś po roku od odejścia Filipka. Wcześniej nie miałyśmy ze sobą kontaktu. Przeżyła to, popłakała się. Teraz wpadłyśmy na siebie w sklepie po dłuższym czasie, jakieś 3 lata od poprzedniej rozmowy. Potrafiła zapytać się mnie co słychać, jak się czuję, czy już lepiej sobie radzę. Takie proste, prawda? Niestety nielicznym się to udaje i to mnie boli.
Nie powiem, uważam, że dobrze sobie radzę. Zdarzają mi się „dołki” od czasu do czasu ale generalnie żyję, ruszyłam do przodu. Nauczyłam się żyć z tym swoim bólem. Potrafię uśmiechnąć się na wspomnienie o Filipku. I nie mam żadnego problemu rozmawiać o nim, już nie przez łzy.
Prawda jest taka, że to przez co przeszłam bardzo zweryfikowało moją listę znajomych. Przykre ale prawdziwe.
Poza tym co u nas?
U nas wszystko w porządku. Za 2 tygodnie Adaś przystąpi do Pierwszej Komunii Świętej. Bardzo to przeżywa a najbardziej to czy oby na pewno w maju dwa razy dostanie prezenty ponieważ 22 maja ma jeszcze urodziny. Och te podejście do tematu! Hi hi
Dalej od czasu do czasu mamy problemy z tikami. Pojawiają się i znikają.
Emilka to już duża panna. Już mnie przerosła. W szkole dobrze sobie radzi.
Ja zmieniłam pracę i bardzo mnie to cieszy.
I to tyle na dziś.
Dziękuję, że chociaż wy tu ze mną jesteście i pamiętacie o moim dzielnym królewiczu.
czwartek, 15 czerwca 2017
Jestem...
Jestem…
Długo nie umiałam się zebrać aby coś napisać, aby cokolwiek napisać.
Mija dzień za dniem, tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem.
Mogę chyba śmiało napisać, że jest dobrze. Inaczej ale dobrze, tak na swój sposób.
Jakoś sobie radzę. Oczywiście skłamałabym jakbym napisała, że się pogodziłam. To chyba nigdy nie nastąpi. Tradycyjnie są lepsze i te gorsze dni. Nauczyłam się żyć z tym bólem. Czasami jest wciąż tak silny, że rozrywa mi serce na drobne kawałki. Nadal nie potrafię oglądać zdjęć z Filipkiem. Jednak wciąż pamiętam jego głos. Czasami nie czuję go wcale i nie umiem zobaczyć a czasami wiem, że jest blisko mnie. Czuję go wtedy i widzę.
Jednak zdarza mi się, rzadko bo rzadko, ale zdarza się, że potrafię uśmiechnąć się na jakieś wspomnienie. Wierzcie mi, to ogromny sukces.
Czas biegnie nieubłaganie. Adaś w maju skończył 8 lat. Fifi miałby 9. Jest taki inny od Filipka.
Minęło już tyle czasu a on wciąż go pamięta, mówi o nim. Czasami potrafi się rozpłakać i mówić mi jak bardzo tęskni, że teraz nie ma się z kim bawić. Nawet nie wiecie ile wtedy kosztuje mnie uśmiechnąć się i tłumaczyć mu po raz setny, że Fifi jest i czuwa nad nami, że zawsze może sobie z nim porozmawiać i poopowiadać co mu leży na serduszku a brat znajdzie sposób aby dać mu znać, że jest blisko. Takie ciężkie tematy dla mnie ale staram się nie pękać.
Dawno nic nie pisałam ale w sumie nic nadzwyczajnego się u nas nie wydarzyło.
Z ważniejszych rzeczy to ta, że na stare lata, udało mi się zrobić prawo jazdy i od kilku miesięcy jeżdżę autkiem. Dla mnie to o tyle istotne, że mogę być częściej u Filipka i nie ukrywam, że to był dla mnie główny motywator.
U Emilki się poprawiło. Przestała cierpieć na bezsenności. Jest ok.
I to chyba tyle co mam na dziś do napisania.
Jak zwykle dziękuję wam, że jesteście bo zaglądając na tego bloga dajecie mi dowód na to, że wciąż pamiętacie o moim kochanym Tygrysku.
czwartek, 23 lutego 2017
Bardzo proszę!
Witam!
Pozwoliłam sobie przekopiować post sprzed ponad roku ale Pani Agacie, naszej hospicyjnej psycholog wciąż brakuje kilku osób aby zakończyć badanie. Odzew był spory i z całego serca dziękuję za poświęcenie swojego czasu na wypełnienie kwestionariusza. Jak już wspomniałam brakuje jeszcze tylko kilka osób, dokładnie 6.
Traktuję tę sprawę bardzo osobiście, ponieważ znam Panią Agatę, pomagała i wciąż nam pomaga. Jest na każdy telefon.
6 osób, 6 ankiet. To tak nie wiele.
Z góry dziękuję.
"Szanowni Państwo, nazywam się Agata Basek i jestem psychologiem pracującym w hospicjum dla dzieci.
Coraz częściej obserwuję, że osoby przeżywające kryzys lub stratę Osób Bliskich, które nie doświadczają wystarczającego wsparcia od najbliższych i ludzi ze swego otoczenia, mogą je uzyskać w Internecie. Zaskakujący jest fakt, że często zupełnie obcy i anonimowi ludzie, dzięki swojemu zaangażowaniu, empatii i chęci niesienia pomocy, mogą stanowić ważne źródło pomocy dla osób w kryzysie. Zjawisko to wydaje się przeczyć potocznemu twierdzeniu, że szybkie tempo współczesnego świata i wzrastająca anonimowość znacząco obniżają jakość relacji i wpływają na rozluźnienie istniejących więzi społecznych.
Jako psycholog, przygotowujący pracę doktorską, chciałabym przyjrzeć się bliżej temu zjawisku. W związku z czym, zwracam się do Państwa - Czytelników tego bloga, Osób nie pozostających obojętnymi na cierpienie innych, z prośbą o wzięcie udziału w badaniu służącemu pracy doktorskiej, które będzie polegało na wypełnieniu kilku kwestionariuszy i których wyniki chętnie Państwu udostępnię.
Za udział w badaniu z góry serdecznie dziękuję.
Osoby, które są zainteresowane wzięciem udziału w badaniu proszę o wysłanie mailowego zgłoszenia na adres: agata.basek@gmail.com
Z wyrazami szacunku
Agata Basek"
wtorek, 22 listopada 2016
3 lata...
22 listopada...
To już 3 lata jak nie ma z nami Filipka. Tzn. dokładnie o 5:28 będzie 3 lata. Pamiętam dokładnie ten dzień jakby to było wczoraj. O tej porze co piszę tego posta Filipek jeszcze walczył. Był taki dzielny. Był...
3 lata...
Kiedy to zleciało nie mam pojęcia. Wciąż nie jest mi lekko. Ogólnie myślę, że jakoś sobie radzę, Z naciskiem na "jakoś". Staram się z całego serca żyć normalnie bo mam dla kogo. Dzieci mnie potrzebują i to one są moim kołem napędowym. To dla nich codziennie wstaję z łóżka i staram się uśmiechnąć.
Filipek wciąż jest obecny w moim życiu, w moich codziennych myślach. Zdarzają się łzy i natłok wciąż tych samych pytań zaczynających się od "dlaczego...?" Wciąż nie potrafię zajrzeć do folderu ze zdjęciami. Po prostu na samą myśl rozlatuję się na milion kawałków. To jest tak jakby mi ktoś serce na żywca wyrywał. Kocham go całą sobą i tak cholernie tęsknię.
Mało się odzywam bo każde wejście na bloga boli ale zaglądam od czasu do czasu, czytam komentarze, wspominam czytając swoje posty kiedy żył i walczył. Poza tym jakoś utknął mi w pamięci komentarz pewnej osoby, że w sumie po co mam cokolwiek pisać, o Filipku nic nowego nikt się już nie dowie a jak chcę pisać o teraźniejszości to powinnam założyć nowego bloga. Zakłuło mnie to. Pewnie ta osoba nie miała złych intencji ale niesmak pozostał. No ale cóż, jestem tu i piszę. I tak pozostanie.
Czasami sobie myślę, że tak mi dobrze z tą tęsknotą. Cierpię bo wciąż myślę i rozpamiętuję a nie wyobrażam sobie aby nie myśleć o nim. Na dzień dzisiejszy nie potrafię inaczej. Trochę to zagmatwane ale nie umiem tak do końca ubrać w słowa tego co czuje. Bo jak ubrać w słowa tęsknotę, żal, miłość której nie można okazać? Kiedy się kogoś bezgranicznie kocha ale nie można się przytulić, poczuć zapachu, dotyku. I do tego te ciągłe poczucie winy, że za mało zrobiłam, że może jednak gdyby go wcześniej zdiagnozowano, to ten gad w głowie byłby mniej złośliwy i inaczej by się to wszystko potoczyło? Gdybym naciskała i nie dawała się spławiać to może w końcu ktoś by mnie wysłuchał. Tylko skąd do cholery mogłam wiedzieć? Teraz wiem, teraz się nie daję ale dla Filipka to już za późno.
3 lata...
Przez ten czas zdążyłam już być w szpitalu z Emilką, Adasiem. Emilka też przecież skarżyła się na notoryczne bóle głowy, brzucha. Momentalnie oświeciła mi się czerwona lampka. Potrafiono mi ją położyć na oddział w przeciągu paru tygodni. Dlaczego Filipka nie? 5 m-cy notorycznych porannych bóli głowy. Pech chce, że bez wymiotów. Po prostu pech. Pech, że miał młodszego brata czyli na pewno jest zazdrosny i wymusza uwagę. A może autyzm? Może jednak celiakia? Wszystko było na tapecie tylko nie ten cholerny guz. Dlaczego? Ponoć nic nie dzieje się bez przyczyny. Może choroba i odejście Filipka miało nas czegoś nauczyć? Tylko czego?
Adasia też diagnozowałam. Też udało się w miarę szybko położyć go do szpitala ze względu na tiki. Nadal tika. Mniej ale tika. najgorsze jednak wykluczyliśmy.
I tak to leci dzień za dniem, tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem. Zastanawiam się jakby dziś wyglądał Filipek. Pewnie byłby troszkę wyższy od Adasia, w końcu to rok różnicy ale raczej byłby szczuplejszy od niego. Chodziłby już do trzeciej klasy. Lubił pisać literki i cyferki. Nie znał ich ale sam od siebie dużo ich pisał. Zakładam, że dobrze by się uczył. Był taki bardzo dokładny we wszystkim co robił. Tak sobie czasem marzę... Tyle mi pozostało. Wspomnienia i myśli co by było gdyby żył...
Bardzo go kocham i tęsknię za nim.
piątek, 28 października 2016
Filip: Wielka prośba do wszystkich!
Ponawiam prośbę, ponieważ brakuje jeszcze kilka osób aby wypełniły ankietę.
Bardzo proszę...
środa, 13 lipca 2016
Czas płynie...
Oj długo mnie nie było. Nie umiałam się zebrać. Musiałam dać sobie trochę czasu. To wszystko jest dla mnie nadal bardzo trudne. Nic nie jest lepiej. Człowiek nauczył się żyć z tym bólem ale on wcale nie jest mniejszy. Chodzę do pracy, zajmuję się domem, chorą mamą, uśmiecham się ale w głębi duszy jestem wrakiem człowieka, psychicznym wrakiem.
Nie potrafię oglądać zdjęć, filmików z Fifim. Kiedy to robię, nie potrafię powstrzymać łez. Nie ma dnia, godziny abym o nim nie myślał ale kiedy oglądam zdjęcia to cierpię jeszcze bardziej. I robię to naprawdę rzadko. Mam zdjęcia porozstawiane w domu, z tymi się oswoiłam i ciągle palącą się świeczkę.
Nie umiem się z tym wszystkim pogodzić i chyba nigdy się nie pogodzę, no bo jak można pogodzić się z odejściem własnego dziecka? Chociaż są ludzi, według których powinnam to zrobić. To już przecież "aż" 2,5 roku. Przecież mam jeszcze dzieci i powinnam zamknąć tamten rozdział. Jakby to było takie proste. Zawsze najlepiej się gada jak się stoi z boku. Ja nie potrafię zapomnieć. Emilka i Adaś nie zastąpią mi Filipka. Nie zapełnią mi pustki po nim, To są dwie odrębne istoty. Staram się jak mogę aby widziały mnie uśmiechniętą, po prostu normalną. Nie drążę z nimi tematu Filipka. Pamiętają o nim, każdy po swojemu i to się liczy. Adaś ma od czasu do czasu takie dni kiedy przychodzi do mnie przytula się i kiedy mówi, że mu smutno, to już wiem dlaczego. Pamięta Filipka i tęskni za nim. A ja wtedy co robię? Zaciskam zęby, uśmiecham się i tłumaczę, że Filipek jest w Niebie i opiekuje się nami i na pewno mu przykro kiedy się smucimy, że zawsze może sobie z nim porozmawiać i on wszystko słyszy, widzi nas i puszcza do nas oko. Tak tłumaczę Adasiowi a sama czasem mam ciężko to wszystko ogarnąć. Tęsknota czasem sięga zenitu. I ten niewyobrażalny ból rozdzierający serce. Nie potrafię sobie wybaczyć pewnych rzeczy. Ciągle targają mną wyrzuty sumienia. Gdybym zrobiła to czy tamto to może... Ech... Zdaję sobie sprawę, że rozkminianie pewnych rzeczy nie ma najmniejszego sensu. To jest jednak silniejsze ode mnie. To jest na zasadzie, co by było gdyby...
Jedno jest jednak pewne, życie toczy się dalej, świat się nie zatrzymał. I choćbym nie wiem co zrobiła, czasu nie cofnę. Boli tylko to, że czasem muszę walczyć o pamięć dla Filipka, bo co poniektórzy zapominają.
Poza tym co u nas?
Emilka ukończyła z wyróżnieniem 6-tą klasę. Przed nią zmiana szkoły. Adaś zakończył klasę 1-szą. Początki nie były kolorowe ale efekt końcowy nie jest zły. Ciężko było mu się przestawić z przedszkola (zabawy) na szkołę (naukę).
Z Emilką nadal jeździmy na terapię rodzinną do hospicjum. Jest o niebo lepiej ale jeszcze zdarzają się problemy z zasypianiem choć już bez histerycznych płaczów. Jak ma gorszy wieczór po prostu kładę się do niej i najczęściej to pomaga.
Cóż więcej? Praca-dom i tak na okrągło. Zaczęłam coś robić dla siebie ale póki co to ciiiiii ;-)
Dziękuję, że tu jesteście to dla mnie dużo znaczy
środa, 2 marca 2016
Moralniak
Mam moralniaka...
W lytym, w dniu naszej "miesięcznicy" tj 22-go, po raz pierwszy od odejścia Filipka, zapomniałam o tym. Nie to, żebym nie myślała o Filipku bo to jest po prostu niemożliwe. Tylko nie skupiałam się tego dnia, na myśleniu który to miesiąc itp. Do Filipka i tak nie mogłam iść, bo akurat wyjechaliśmy na ferie z dziećmi ale żebym zapomniała o tej dacie?
Ktoś sobie pomyśli wariatka, data jak każda inna ale dla mnie daty są ważne. Na początku odliczałam dni, potem tygodnie które przeszły w miesiące i niestety, już lata. Jeden rok, drugi...
Za chwilę będzie trzeci itd.
Większość odlicza urodziny dziecka a ja odliczam ile to już żyję bez mego Filipka. I jak sobie pomyślę, że to już minął 27 miesiąc, to nie wierzę. 28 miesięcy spędziliśmy na oddziale onkologii. Tyle rzeczy się w tym czasie wydarzyło. Człowiek łapał każdą chwilę. A teraz 27 miesięcy i co mogę napisać? Nie wiele. Stoję w miejscu. Czas się zatrzymał.
Tak jak nadmieniłam wcześniej , udało nam się na parę dni wyjechać na ferie. Cisza, spokój, piejące koguty za oknem. Było miło wyrwać się z domu, złapać oddech. trochę krótko, ale cóż zrobić. Tyle było urlopu ;-)
czwartek, 4 lutego 2016
Wielka prośba do wszystkich!
"Szanowni Państwo, nazywam się Agata Basek i jestem psychologiem pracującym w hospicjum dla dzieci.
Coraz częściej obserwuję, że osoby przeżywające kryzys lub stratę Osób Bliskich, które nie doświadczają wystarczającego wsparcia od najbliższych i ludzi ze swego otoczenia, mogą je uzyskać w Internecie. Zaskakujący jest fakt, że często zupełnie obcy i anonimowi ludzie, dzięki swojemu zaangażowaniu, empatii i chęci niesienia pomocy, mogą stanowić ważne źródło pomocy dla osób w kryzysie. Zjawisko to wydaje się przeczyć potocznemu twierdzeniu, że szybkie tempo współczesnego świata i wzrastająca anonimowość znacząco obniżają jakość relacji i wpływają na rozluźnienie istniejących więzi społecznych.
Jako psycholog, przygotowujący pracę doktorską, chciałabym przyjrzeć się bliżej temu zjawisku. W związku z czym, zwracam się do Państwa - Czytelników tego bloga, Osób nie pozostających obojętnymi na cierpienie innych, z prośbą o wzięcie udziału w badaniu służącemu pracy doktorskiej, które będzie polegało na wypełnieniu kilku kwestionariuszy i których wyniki chętnie Państwu udostępnię.
Za udział w badaniu z góry serdecznie dziękuję.
Osoby, które są zainteresowane wzięciem udziału w badaniu proszę o wysłanie mailowego zgłoszenia na adres: agata.basek@gmail.com
Z wyrazami szacunku
Agata Basek"
Teraz parę słów ode mnie.
Pani Agata, to nasza hospicyjna psycholog. Bardzo ją cenię i dlatego osobiście bardzo wszystkich proszę o zaangażowanie w temacie. Nie jest ona dla mnie żadną anonimową osobą, wręcz przeciwnie.
Z góry wszystkim bardzo serdecznie dziękuję.
środa, 20 stycznia 2016
Jestem...
Listopad, grudzień, styczeń to dla mnie najgorsze miesiąca.
Wszystkich Świętych, rocznica odejścia Filipka, potem jego kolejne urodziny. Ciężki to czas dla mnie.
To już dwa lata, dwa długie lata a ja wciąż mam wrażenie, że nie tak znowu dawno tuliłam mego królewicza w ramionach. Czas biegnie nieubłaganie czy nam się to podoba czy nie.
Wszystko idzie do przodu ale ja wciąż jestem zawieszona. Jestem, żyję, chodzę do pracy, zajmuję się domem i dziećmi, śmieję się. Niby wszystko normalnie ale to wszystko tylko tak pozornie wygląda. Bo tak naprawdę już nic nie jest normalne. Nie umiem nie myśleć, nie wspominać, nie zastanawiać się co mogłam jeszcze zrobić aby uratować swoje dziecko. To wszystko jest jak jeden wielki koszmar. Czasami mam wrażenie, że im więcej upływa czasu tym jest gorzej. Są takie dni kiedy tęsknota wyrywa mi serce. Nie sposób tego opisać. Mam wtedy ochotę walić głową w ścianę.
Życie toczy się dalej. Ja to wiem. Zmuszam się aby uczestniczyć w tym biegu ale tak naprawdę tylko dla Emilki i Adasia. Gdyby nie oni popadłabym całkowicie w nicość. Tym bardziej, że ciągle coś się dzieje.
Pisałam kiedyś o tikach u Adasia. Z końcem listopada wylądowaliśmy na diagnostyce w szpitalu. Zrobiono mu MR i EEG. Badania wyszły dobrze a i tiki ustąpiły na 2 dni przed wejściem na oddział. Taki psikus. Może się zdarzyć, że wrócą za jakiś czas ale najgorsze wykluczyliśmy i to jest dla mnie ważne.
Mam jednak problem z Emilką. Od września Emilka ma wieczorne ataki histerycznego płaczu. Potrafi zasnąć a za godzinę się obudzić i wtedy się zaczyna jazda. Nie umie mi powiedzieć o co tak naprawdę chodzi. Czasem mówi, że się boi iż się rano nie obudzi, najczęściej jednak twierdzi że się boi ale sama nie wie czego. Parę razy się zdarzyło, że twierdziła iż dopiero teraz dociera do niej strata Filipka. Jest różnie. Generalnie pomaga to jak się koło niej położę. Była u nas psycholog z hospicjum, bo myślałam że to taka "spóźniona żałoba" ale już sama nie wiem. 12 lat to taki trudny okres, okres dojrzewania. Emilka zawsze była bardzo wrażliwym dzieckiem. Z jednej strony nie chcę czegoś przegapić a z drugiej nie chcę rozgrzebywać przeszłości. Tak naprawdę nie wiem gdzie leży problem. Wiem, że muszę znaleźć dobrego psychologa który nie będzie patrzał na Emi tylko przez pryzmat długotrwałej choroby i odejścia brata. Może problem leży zupełnie gdzie indziej. W szkole z tego co wiem nic złego się nie dzieje ale też wiem, że po trafi bez przyczyny rozpłakać się na lekcji. Uczy się dobrze. Może ktoś ma jakieś wskazówki? Chętnie wysłucham.
I tak to u nas wygląda. Nie może być spokojnie.
wtorek, 10 listopada 2015
Listopad...
Wiele razy się zastanawiałam czy jest jeszcze sens pisania tego bloga. Filipka już nie ma. Zostałam tylko ja ze swoim rozgoryczeniem, żalem, złością... Po czym chodzę i widzę, że jednak ktoś nas nadal czyta, więc może jednak warto? Nie ukrywam też, iż ciężko mi się tu wchodzi. Czasem czytam sama siebie, wspominam. Cóż innego mi pozostało niż wspomnienia? Cofam się wtedy w przeszłość. Do czasów choroby mojego dziecka. Kiedy to naszym drugim domem był szpital. Czy to był zły czas? Napiszę teraz coś, co niektórzy mogą źle zrozumieć. Ponieważ nie uważam, że to był tak do końca zły czas. Owszem, moje dziecko było chore, żyliśmy na walizkach ale żyliśmy. Filipek praktycznie cały czas był w świetnej formie biologicznej. Biegał, skakał, śmiał się. Miał cudownych kolegów, koleżanki. Żył. I wierzcie mi, ja bym mogła tak żyć do końca swoich dni. Byle by on był przy mnie. Jestem samolubna? Może.
To już niedługo dwa lata... Ja mam wszystko przed oczami jakby to było wczoraj choć sama postać Filipka czasem mi się zaciera. Czasem widzę go wyraźnie i słyszę w głowie jego głos a czasem to wszystko widzę jak przez mgłę i wtedy zaczynam się zastanawiać czy on faktycznie istniał czy tylko mi się śniło, że miałam syna? Potem patrzę na jego uśmiechniętą buźkę ze zdjęcia i wiem, że był, istniał. Wielki mały człowiek który nauczył mnie pokory, nie przejmowania się drobiazgami, który pokazał co to miłość, cierpliwość.
I tak czasami patrzę na innych ludzi, którzy gnają do przodu nie wiadomo za czym, którzy przejmują się pierdołami, to krew mnie zalewa. Teraz dopiero widzę, czasem warto zwolnić, rozejrzeć się wokół siebie i docenić to co się ma.
Ja mam męża bez którego nie wyobrażam sobie życia a który musi mieć duże pokłady cierpliwości, znosząc moją ciągłą huśtawkę nastrojów. Dzieci, bez których nie wiem czy bym istniała. To one dają mi siłę, aby codziennie rano wstać z łóżka i aby po mimo wszystko się uśmiechnąć. Choć tu też nie jest kolorowo. Adaś od paru tygodni zaczął mi tikać. Nie za fajnie to wygląda. Na koniec listopada mamy termin położenia się na oddziale neurologicznym celem diagnostyki. Martwi mnie to, tym bardziej, że teraz częściej niż zwykle wspomina o Filipku, mówi jak mu smutno że go nie ma, że tęskni.
Emilka też mi ostatnio powiedziała, że do niej dopiero to wszystko zaczęło docierać. Dopiero teraz doszło do niej, że już nigdy nie zobaczy Filipka. To już prawie dwa lata. Spóźniona żałoba? Nie jestem psychologiem (z nim jestem umówiona na przyszły tydzień) ale wydaje mi się, że Emilka mogła podświadomie poczuć ulgę po odejściu Filipka, bo w końcu wszystko wróciło do "normy", mama była w domu, skończyło się wieczne podrzucanie do dziadków. Życie na walizkach w oderwaniu od kolegów i koleżanek. Teraz przyszedł czas na przemyślenia. Może to to a może źle myślę. Zobaczymy. Fakt jest taki, że Emi potrafi pół nocy nie spać i płakać.
Tak więc cały czas coś. Moje demony nie śpią a do tego dokładają się inne problemy.
Źle mi z tym wszystkim. Do tego zbliża się smutna rocznica i popadam w dół, mega dół...
Dobrze, że mam gdzie się wygadać, chociaż tyle.
sobota, 5 września 2015
Wracam po długiej nieobecności...
Tym razem niebyło mnie rekordowo długo. Dużo się działo. Przeprowadzka mojej mamy z drugiego końca Polski na Śląsk. Nasza przeprowadzka z jej powodu na większe mieszkanie.
Mieszkamy już na nowym, ale wciąż jesteśmy na etapie remontowania, więc nasze mieszkanie przypomina plac budowy. Do tego chora mama, która nie potrafi odnaleźć w nowej rzeczywistości. Generalnie wesoło nie jest. Czasami mam dość. Zadaję sobie pytanie, dlaczego nie może być normalnie, dlaczego ciągle muszę dźwigać jakiś krzyż.
Nie będę rozwijać tematu problemów związanych z chorobą mojej mamy, bo nie temu ma służyć ten blog. Jest ciężko i tyle.
Nowe mieszkanie. Musiałam uporać się z pakowaniem rzeczy Filipka. Nie sposób opisać jak było mi ciężko. Kto tego nie przeżył, nie zrozumie.
Postanowiłam wszystkie rzeczy poukładać w szafce Adasia. Generalnie, wszystko jest na niego dobre. Pewne ubrania dałam na bok. Do nich chyba nigdy nie dojrzeję. Reszta jest u Adasia, ale tak czy siak, na osobnej kupce. Może z czasem mi się to pomiesza a może i nie…
To tak cholernie wszystko boli.
Upłynęło już tyle czasu. Za nim się nie obejrzę będzie 2 lata. Ja nadal czuję się jakbym żyła w jakimś Matrixie. Nigdy nie sądziłam, że tęsknota może sprawiać taki fizyczny ból. Nauczyłam się z nim żyć, ale on jest, cały czas.
Jak byłam mała, chodziłam do szkoły podstawowej, religia jeszcze w tamtych czasach była w salkach przykościelnych. Żeby tam dojść musiałam iść przez cmentarz (było bliżej). Chodziłyśmy razem z koleżanką. To był jeszcze ten czas, kiedy chodzenie na cmentarz nie sprawiało mi bólu. Z koleżanką lubiłyśmy oglądać groby (o ironio!). Pewnego dnia natknęłyśmy się na grób dziewczynki. W dniu śmierci miała 5 lat. Pamiętam jak dziś, te nasze rozważania, że sobie nie wyobrażamy jak można stracić dziecko itp. Dziewczynka miała nagrobek a na nim śliczny wierszyk, który długo pamiętałam.
W najgorszych snach nie przypuszczałabym, że i mi po wielu latach przyjdzie odwiedzać grób pewnego niebieskookiego, pięcioletniego królewicza i że tym aniołkiem będzie moje własne dziecko.
Jak robiliśmy pomnik Filipowi próbowałam przypomnieć sobie ten wierszyk z nagrobka tamtej dziewczynki. Szukałam też w sieci, ale niestety pamięć mnie zawiodła.
I czy los nie bywa przewrotny?
Tęsknię za moim Tygryskiem.
Adaś poszedł do pierwszej klasy. Filipek powinien chodzić do drugiej. Powinien zapychać z tornistrem do szkoły, ale to ja zapycham ze zniczami na cmentarz. Czy tak powinno wyglądać nasze życie?
czwartek, 30 lipca 2015
Kamila [*]
To tak cholernie boli kiedy dowiaduję się, że następne dziecko odchodzi. Nie
ważne czy ma lat 9 czy 19.
Kamila była oddziałową koleżanką Filipka.
Rozpoczęła leczenie na początku 2013 roku, kiedy myśmy byli już weteranami.
Mijaliśmy się na oddziale.
Do zobaczenia Kamilo, w lepszym świecie... [*]
poniedziałek, 6 lipca 2015
Lepsze dni
Ostatnio trochę się u nas działo.
Adaś jest już od ponad tygodnia po zabiegu. W końcu miał wycinany trzeci migdał wraz z nacięciem bocznych, do tego okazało się że trzeba usunąć płyn z uszów a w trakcie zabiegu wyszło, że była tam też zaschnięta ropa. Teraz Adaś czuje się już dobrze. Gardło jeszcze trochę boli ale obywamy się bez leków przeciwbólowych. Musi jeszcze siedzieć w domu, w szczególności ze względu na upały. Ja ciągnę już 3 tydzień opieki. W pracy mam przechlapane ale co zrobić.
Ze względu na chorą mamę nad którą podjęłam się opieki, zmieniamy mieszkanie na zwiększę. Za jakieś 2-3 tyg czeka nas przeprowadzka. Wiem, że będziemy ciężko. Tutaj każdy kąt przypomina mi Filipka. Poza tym w związku z tym, czeka mnie nieunikniony porządek w rzeczach po Filipku. Do tej pory wszystko jest tak jak było. Jeśli nawet podbieram jakieś rzeczy i ubieram w nie Adasia, to po wypraniu lądują na dawnym miejscu czyli do szafki Filipka. Tak mi łatwiej. Teraz to się zmieni. Czuję się tak jakbym go zdradzała choć wiem, że to głupie. Myślę, że Filipek jeśli patrzy na nas gdzieś tam z góry, nie ma nic przeciwko, że Adaś chodzi w jego rzeczach. Jednak wciąż ma swoje miejsce w szafie. Oczywiście nadal są ubrania co do których chyba nigdy się nie przełamie.
Ogólnie mam teraz lepszy czas. Pewnie dlatego, że ciągle coś się dzieje. Myślę cały czas o Filipku ale na pewno mniej płaczę. Ból i tęsknota jest ale jakoś tak umiem z tym żyć. Zdaję sobie sprawę, że to jest chwilowe bo już tak było nie raz. Czasami tylko mam wyrzuty sumienia, że mam lepszy czas. To głupie i nie wiele osób mnie zrozumie. Nic na to nie poradzę. Życie po stracie dziecka wygląda jak sinusoida. Są wzloty i upadki. Ja to wiem, że przyjdzie taki dzień kiedy znowu pęknę jak bańka mydlana. Znowu stoczę się na samo dno rozpaczy, po to aby znowu wznieść się ku górze.
środa, 27 maja 2015
Dzień Matki
Dzień Matki...
Po mimo wszystko ciężki dzień. Mało radosny.
Emilka upiekła mi ciasto. Adaś powiedział część wierszyka na przedstawieniu w przedszkolu. Jednak moje myśli od rana krążyły wokół Filipka. To co było 4 lata temu (to już tyle?)
26 maj 2011 roku. Dzień operacji Filipka. Mój najgorszy Dzień Matki. Ból, strach o życie własnego dziecka.
pamiętam jak ok godz. 15 kazano nam zejść na blok operacyjny bo Filipek się wybudził i strasznie płakał. Jak go zobaczyłam to serce mi pękło. Leżał na tym metalowym łóżku, nagusieńki, tylko czymś przykryty z zabandażowaną główką, z cewnikiem, innymi rurkami i tak strasznie płakał...
Ale żył i to było najważniejsze.
Jest mi dziś podwójnie ciężko ponieważ wczoraj zauważyłam u Adasia, że dziwnie idzie. Trzymałam go za rączkę a on tak jakby mi uciekał na bok. Kazałam mu iść do przodu a sama go obserwowałam. Lewą nóżkę stawiał dziwnie do środka i momentami tak jakby go coś ściągało. Momentalnie zobaczyłam Filipka... Szliśmy akurat do lekarza, bo zaś mamy infekcję gardła. Oczywiście nie omieszkałam wspomnieć swoich spostrzeżeniach. Lekarka przebadała go, stwierdziła, że nie widzi nieprawidłowości. Ja jej na to, że u Filipka też nigdy nic nikt nie widział. Kazała mi go obserwować i tyle. Dziś bez zmian. Fakt, na nic innego się nie skarży ale ja już wydygana. Lampka się oświeciła.
No i czy ja jestem normalna?
poniedziałek, 4 maja 2015
Co u nas?
Od dłuższego czasu zbieram się w sobie aby coś napisać.
Tak jakoś ciężko mi to ostatnio przychodzi.
Minął kolejny miesiąc... Czy mniej boli? Niestety nie. Może jest już mniej łez i takiego uzewnętrzniania rozpaczy ale ból jest ten sam. Może nawet większy? Bo im więcej upływa czasu, tym większa tęsknota, tym więcej pytań bez odpowiedzi. Zdarzają się okresy kiedy człowiek myśli, że już się jakoś oswoił, po czym przychodzi chwila, kiedy ten pozorny spokój pęka jak bańka mydlana. Tak naprawdę wystarczy nie wiele. Adaś zrobi podobną minę, ruch. Coś po prostu nagle mi się zakotłuje w głowie, cokolwiek. I wtedy się zaczyna. A jakby teraz wyglądał? Jak by się uczył? Byłby wyższy od Adasia?... itp itd.
Adaś śmignął mi do góry, zeszczuplał. Mam wrażenie, że co raz bardziej robi się podobny do Filipka. Zawsze był tak papuśny i nabity. Teraz zrobił się z niego szczuplak. No mężnieje mi syn. To już nie takie dzieciątko.
Ostatnio zdała sobie sprawę, że na początku kwietnia Adaś był w takim samym wieku, w którym odszedł Filipek. Bolało.
No i wciąż borykamy się z choróbskami. 7 maja mamy ustalone badanie słuchu, potem kontrola u laryngologa ale coś czuję, że z migdałem/migdałami przyjdzie nam się pożegnać. Najgorsze jest to, że ja nie tyle boję się samego zabiegu, co narkozy. Zawsze się tego bałam. Filipek do każdego MR był usypiany, przy radioterapii to samo. 30 naświetlań=30 narkoz. Do tego jeszcze zrobienie maski, resymulacja... zawsze się trzęsłam. Jak już zaczynał się wiercić, byłam szczęśliwa.
Do tego wszystkiego ze sobą ostatnio miałam problemy. "Strzelił" mi kręgosłup szyjny. Przez ponad 2 tyg. byłam wyłączona z życia rodzinnego. Nie mogła siedzieć, leżeć, o spaniu nie było mowy. Każdy ruch głowy to był koszmar. Dostałam skierowanie na MR. Zapisałam się. Termin.... styczeń. Po prostu bosko. Dziś jest już lepiej. Wróciłam do pracy ale jak to się mówi "dupy nie urywa".
Do tego wszystkiego szykują się zmiany w moim życiu. Moja mama od jakiegoś czasu ma zdiagnozowanego Alzhaimera. Mieszka sama na drugim końcu Polski. Przyszedł czas na sprzedaż tamtego mieszkania i zaopiekowania się nią. Po mimo, że mamy metrażowo spore mieszkanie, to są to 3 pokoje. Podjedliśmy decyzje o zamianie mieszkania na czteropokojowe. Tak więc szykuje się przeprowadzka. Wiem, że będzie ciężko bo wszystko tu kojarzy mi się z Filipkiem. Każdy kąt.
Chyba nie pisałam, że u Emilki wszystko w porządku. Od dłuższego czasu nie mamy problemów z bólami brzucha i głowy. Tak sobie myślę, że to wszystko miało jednak podłoże psychiczne. Może ona sama nie zdawała sobie z tego sprawy? No bo jak to inaczej wytłumaczyć? Niby nie rozmawia o Filipku ale przecież to dziecko również dużo przeszło. Straciło brata. W jakiś sposób ten stres musiał się na niej odbić.
To tyle na dziś. Ciągle jakieś problemy. Może i dla nas kiedyś wyjdzie słońce.
Adaś: Wróżka Emilka, prawdę ci powie:
piątek, 10 kwietnia 2015
Prośba o 1% i wsparcie
Jakiś czas temu dostałam na maila wiadomość z prośbą o wsparcie.
Kopiuję treść wiadomości i proszę o udostępnianie:
Witam serdecznie.
Szanowna Mamo Filipka, ciągle odwiedzam log Filipka i śledzę nowe wpisy, jestem z Wami, z Panią i Rodziną!
Dziś piszę, by prosić Panią o jeden mały gest... Synek znajomej, 2 letni Przemuś zachorował na nowotwór - to nowotwór złośliwy oczka, siatkówczak ;-( Przemuś leczony był w Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie, niestety leczenie i chemioterapia nie przyniosły oczekiwanego efektu, 16 marca oczko ma zostać usunięte ;-( Po operacji walka będzie trwała nadal, a do walki Rodzina potrzebuje środków na leczenie. Jeśli mogę prosić Panią o umieszczenie na Blogu Filipka kilka słów i prośbę o pomoc, byłabym wdzięczna w imieniu Rodziców Przemka.
W załączniku wysyłam apel...
Podaję też link Bloga.
http://dzielny-przemus.blogspot.com/
Dziękuję, jeśli się Pani zgodzi. Serdecznie pozdrawiam, życzę wszystkiego dobrego - siostra Ewuni Dąbrowskiej
czwartek, 12 marca 2015
Historia pewnego zdjęcia...
Jak zaczynałam pisać bloga, w jednym z pierwszych postów, napisałam że miałam dziwną wizję dotyczącą Filipka. Nie chciałam wtedy tego opisywać gdyż bałam się, że zostanę posądzona o wariactwo. Generalnie sama nie wiem co to było ale...
Krótko po wprowadzeniu się do mieszkania w którym aktualnie mieszkamy, robiłam porządki w ostatnim z pokoi. Zaczęłam ustawiać zdjęcia dzieci na komodzie. Oczywiście między innymi było tam zdjęcie Filipka. Muszę w tym miejscu nadmienić, że to już był ten okres kiedy czułam iż z Filipkiem coś się dzieje, że jego zachowanie wykracza poza szeroko pojęte normy. Wtedy lekarze nas zbywali, doszukiwali się jakichś odmian autyzmu. Kto czytał bloga od początku ten pamięta jak opisywałam nasze problemy ze zdiagnozowaniem. Filipek od momentu pojawienia się brata był bardzo zazdrosny, zwracał na siebie uwagę a do tego był płaczliwy, bardzo marudny. Potem do tego doszły uporczywe poranne bóle głowy. Lekarze jak zwykle wszystko sprowadzali do zazdrości, zwracania na siebie uwagi. Ja jednak czułam, że coś jest nie tak, że to coś więcej. Oczywiście do głowy mi nie przyszło, że sprawy mają się aż tak źle.
Wracając do tamtego dnia... ustawiałam te zdjęcia, odeszłam na parę kroków i nagle obróciwszy się ujrzałam na zdjęciu Filipka czarną przepaskę. To trwało ułamki sekund. Co to było? Przeczucie?
Zdaję sobie sprawę, że ciężko w to uwierzyć. Wtedy podzieliłam się tym z dwoma koleżankami, nawet mężowi o tym nie powiedziałam.
To działo się dobrych kilka miesięcy przed zdiagnozowaniem Filipka. Nie pamiętam dokładnie bo też jakoś wtedy nie odebrałam tego jako wskazówki. Wszystko do mnie wróciło jak zaczęło się dziać.
Dlaczego teraz o tym piszę? Ponieważ im więcej się nad tym wszystkim zastanawiam, tym częściej dochodzę do wniosku, że to co się stało było nam pisane od samego początku. I nie ważne co bym zrobiła, nie uratowałabym go. Przecież tak dobrze się leczył. Gadzina na długi czas znikła z główki Fifka, mieliśmy kończyć leczenie. Zachłysnęliśmy się dobrymi wynikami. A potem ten szok...
Dziwny ten post dzisiaj, wiem. Musiałam go jednak napisać.
Troszkę się nie odzywałam.
U mnie jest różnie. Bywają dni, że czuję się całkiem dobrze, po czym znowu wpadam w otchłań bólu, tęsknoty. Czas gna nieubłaganie do przodu ale ja w sumie stoję w miejscu. Nie potrafię dojść do ładu. Choć jakiś czas temu spotkałam się z opinią, że ktoś był w szoku iż tak szybko "się pozbierałam". Nie wiem po czym zastał wysnuty taki wniosek. Może po tym, że śmiem się uśmiechać, gadać o pierdołach? Może po tym, że nie chodzę uryczana 24/h? To co siedzi we mnie, wiem tylko ja. Kto tego nie przeżył, ten tego nie zrozumie, choćbym nie wiem jak bardzo się starał. A hasła typu: wszystko się ułoży, czas leczy rany itp wyciągają mnie z butów. Co poniektórzy widzę, że dla odmiany nie chcą słuchać o moim dziecku. A przecież on nadal jest moim synem, tylko żyje w innym wymiarze i ja w to wierzę. Tylko ta wiara mi pozostała.
A poza tym? Bóle brzucha u Emilki minęły. Chyba nabrałam pewności, że to jednak było podłoże psychiczne. Emilka jest bardzo zamkniętą w sobie osóbką a przy tym nad wyraz inteligentną. Widać, że jak nie chce to i psycholog nic z niej nie wyciągnie.
Z Adasiem mam troszkę problemów ponieważ często mi choruje. Na czerwiec mamy termin na wycięcie migdała i troszkę mnie to martwi. Zabieg jak zabieg ale to usypianie do niego. Mam stresa. W maju mamy jeszcze badanie słuchu i zobaczymy co dalej. Poza tym Adam jak to Adam, łobuzuje po staremu. Od września czeka nas szkoła i czuję po kościach, że już nie będzie tak lajtowo jak w przypadku Emilki.
